Dziś chcemy państwu przedstawić historię uczestniczki ŚDS-u w Strobinie. Dzięki zajęciom i ludziom, których tam spotkała, wyszła z depresji i odzyskała radość życia. To niezwykła historia, którą warto przeczytać.
Mam na imię Beata Klimczak, mam 44 lata i mieszkam obecnie w Siemkowicach. Ale nie zawsze tak było. Urodziłam się w Raciborzu jako zdrowe dziecko z 10 punktami apgar. Dwie doby po urodzeniu zostałam upuszczona przez pielęgniarkę na zlew w szpitalu co spowodowało u mnie krwiaka, który doprowadził mnie do bardzo ciężkiego stanu zdrowia oraz do wodogłowia. Tragiczny stan mojego zdrowia sprawił, iż lekarze wraz z rodzicami liczyli mi godziny życia. W tym też wypadku rodzice postanowili mnie jak najszybciej ochrzcić bojąc się, że mogę nie dożyć 1 roku mego życia. Po chrzcie mój stan zdrowia polepszył się. A po kilku dniach bardzo ciężkiej walki o swoje życie i będąc już w miarę lepszym stanie wróciłam wraz z rodzicami do domu w Raciborzu gdzie mieszkaliśmy cały rok.
Po upływie roku wraz z rodzicami przyjechaliśmy do Siemkowic gdzie mieszkali moi dziadkowie którzy byli rodzicami mojej mamy, i u której na początku zamieszkaliśmy. Po roku przeprowadziliśmy się do nowo wybudowanego domu gdzie zamieszkałam wraz z rodzicami oraz prababcią. Przez pierwsze pięć lat mego życia ciesząc się beztroskim dzieciństwem żyłam beztrosko. Ale cały koszmar rozpoczął się tak naprawdę gdy miałam 5 lat i zaczęłam chodzić do przedszkola. Pewnego upalnego dnia kiedy beztrosko bawiłam się wraz z rówieśnikami pod opieką naszych przedszkolanek na huśtawce wraz z koleżankami, nagle zsunęłam się pod huśtawkę dostając pierwszego ataku padaczki. Jedna z przedszkolanek szybko pobiegła po moją mamę a druga szybko zatrzymała huśtawkę i wyciągnęła mnie spod niej izolując od dzieci. Od razu moja mama przybiegła po mnie i w momencie gdy tylko doszłam do siebie zabrała mnie do domu. Tego samego dnia od razu pojechałam do szpitala do Łodzi trafiając prosto na stół operacyjny gdzie lekarze ściągnęli mi płyn z głowy. Po tej operacji dosyć długo leżałam w szpitalu nawet nie mogąc się widzieć z rodzicami. Poczułam wtedy ogromny żal, ból oraz pustkę co spowodowało, że już w tym momencie zaczęłam wpadać w depresję.
W momencie kiedy wróciłam już do domu siedząc cały czas z prababcią i nie chcąc wrócić do przedszkola zaczęłam dostawać coraz częściej ataki padaczki, które były tylko nocnymi atakami. Tym samym w momentach kiedy musiałam zostać w domu z dziadkami, gdyż rodzice musieli wrócić do pracy, zaczęłam dostawać stany lękowe. Nie skończywszy przedszkola w momencie gdy przyszedł czas pójścia do zerówki dostałam pierwszych stanów lękowych całkowicie izolując się od ludzi. Wtedy rodzice zabrali mnie kilkukrotnie do psychologa, który po kilku spotkaniach a zarazem farmakologicznie pomógł mi wyciszyć mój organizm. W tym momencie zaczęłam wychodzić z domu a nawet wróciłam do szkoły.
Z biegiem czasu zaczęłam obdarzać zaufaniem kolegów i koleżanki a także i innych ludzi, którzy stanęli w tym czasie na mojej życiowej drodze. A także zaczęłam uczyć się żyć ze swoją chorobą a tym samym dręczącą mnie depresją. Próbując sobie sama z nią poradzić zaczęłam pisać wiersze przelewając tym samym swe stany lękowe na papier. A następnie zaczęłam prowadzić kronikę parafialną jak również kronikę rodzinną. Okres ten trwał przez cały okres szkoły podstawowej po zawodówkę.
Po skończeniu szkół w miarę możliwości oswojona z rzeczywistością a zarazem w miarę pogodzona ze swym losem kilka lat po zakończeniu szkoły w roku 2011 trafiłam do ŚDS-u w Strobinie jako uczestniczka. Pamiętam ten dzień kiedy po raz pierwszy przyjechałam aby obejrzeć ośrodek. Był to dzień 15 października. Zabrałam się wtedy busem wraz z uczestnikami, którzy od pierwszego dnia byli przekonani, że jestem terapeutką, która będzie prowadziła wraz z nimi zajęcia. Długi czas nie potrafili mi uwierzyć mówiąc do mnie cyt: „Proszę Pani”.
Kiedy od następnego dnia załatwiając papiery zaczęłam jeździć wchodząc do ośrodka i widząc jacy uczestnicy przebywają w SDS-ie i w jakim są stanie, u mnie w głowie miałam jedno pytanie. A mianowicie cyt: „Co ja tutaj robię???” Siedząc cicho w kącie jednej z pracowni ogromnie cieszyłam się z powodu, że w końcu po wielu latach znów wyszłam do ludzi natomiast z drugiej strony bardzo mocno się bałam, że nie dam sobie rady psychicznie.
Ale jednak dałam radę!!!! Kiedy zaczęłam poznawać swoich nowych kolegów i koleżanki, a zarazem kierownictwo wraz terapeutami z roku na rok zaczęłam otwierać się przed nimi odnajdując swoje nowe zainteresowania. Lubiłam bardzo śpiewać także od razu, od samego początku, wstąpiłam do naszego ośrodkowego chóru, co sprawiało mi zawsze bardzo dużo radości biorąc udział w każdym występie. Następnie zafascynowałam się wyszywaniem różnych prac, z których większość z nich zdobi ściany naszego holu, a reszta została wysłana na różnego rodzaju konkursy. Bardzo polubiłam również robienie elementów z qulingu a następnie wykonywanie prac z tych elementów. Biorąc udział w zajęciach bardzo dużą pomoc przynosiły mi rozmowy z zatrudnionymi przez lata psychologami, którzy za każdym razem kiedy wpadałam w dołek bardzo skutecznie pomagali mi z nich wychodzić. Na początku bardzo często korzystałam z usług psychologa, natomiast z biegiem lat stawało się to coraz rzadziej. Starając się sobie samej poradzić z wszelkimi problemami w moim życiu. A było ich nie mało!!!
Dopiero dwa lata temu jeżdżąc nadal do Środowiskowego Domu Samopomocy, który wszyscy nazywamy swym drugim domem, tak naprawdę odkryłam co chcę robić w swoim życiu. Od dwóch lat gdy kierownikiem naszego ŚDS-u został pan Tomasz Kącki, powstała w naszym ośrodku gazetka o nazwie AKCEPTUJ-MY. Powołany został zespół redakcyjny z uczestników i opiekunów terapeutów, w którym oczywiście za moją zgodą, znalazłam się i ja.
Na początku bardzo się bałam, gdyż nigdy wcześniej nie pisałam artykułów. Ale z biegiem czasu zaczęłam pisać je bardzo dobrze do tego stopnia, że pewnego dnia zostałam osobą odpowiedzialną za składanie każdej gazetki. Obecnie doskonale realizuję się, co przynosi mi to bardzo dużo satysfakcji, zadowolenia a zarazem ogrom radości. A zbieranie materiałów do artykułów to była i nadal jest niewypowiedzianą radością. I tu odnalazłam siebie tym samym powoli pozbywając się stanów depresyjnych i lękowych. Teraz mam je rzadziej niż wcześniej a robiąc to co robię spełniam się w stu procentach. W tej sytuacji pragnę serdecznie podziękować kierownictwu, pracownikom i terapeutom jak również koleżankom i kolegom za to w jaki sposób pomogliście mi wyjść z depresji pozwalając mi brać udział w zajęciach które z dnia na dzień pięć dni w tygodniu stawały się dla mnie pewnego rodzaju psychoterapią lepszą niż wizyta u psychologa lub psychiatry. Serdecznie dziękuję Wam wszystkim za wszystko.
Artykuł autorstwa Beaty Klimczak, uczestniczki Środowiskowego Domu Samopomocy w Strobinie (pisownia oryginalna).