Sonia Bohosiewicz wystąpiła w Wieluniu z monodramem „Chodź ze mną do łóżka”

   Sonia Bohosiewicz, ceniona polska aktorka filmowa i teatralna wystąpiła wczoraj w Kino - Teatrze Syrena w monodramie „Chodź ze mną do łóżka”. Artystka przez 40 minut na scenie opowiada w nim absolutnie wyjątkową historię kobiety zamkniętej w swoim ciele. Poruszająca, bardzo wnikliwa i wzruszająca sztuka podniosła z krzeseł widzów, którzy zgotowali aktorce owację na stojąco.

Alina Frejusz: Jak się pani grało w Wieluniu?

Sonia Bohosiewicz:   Pierwszy raz jestem w Wieluniu i muszę powiedzieć, że było to naprawdę niesamowite spotkanie. Ta publiczność, od samego początku ją czułam, że jest chłonna, że obserwuje, że jest bardzo inteligentna, że słyszy wszystko. Każda jedna reakcja śmiechu czy wzruszenia niesamowita i zupełnie zdarzyło się coś dla mnie kompletnie zaskakującego. Skończyłam spektakl i była kompletna cisza, rozświetliło się światło i nadal nikt nawet nie drgnął. Dopiero jak wyszłam na scenę, to wszyscy zaczęli bić brawo i nie będę fałszywie skromna, dość często ludzie wstają i robią standing ovation, ale ta reakcja była zupełnie zdumiewająca, bo oni wstali wszyscy naraz, jakby się umówili. To było coś niesamowitego, bardzo mnie to wzruszyło. Jesteśmy chwilę po spektaklu i nadal jestem rozdygotana tymi emocjami.

A.F. Skąd pomysł na ten monodram?

S.B. Kiedy byłam w ciąży z moim drugim synkiem, to zaczęłam myśleć, co bym chciała zagrać i zaczęłam czytać dwuosobowe, trzyosobowe, czteroosobowe sztuki. Bardzo miałam ochotę grać, kiedy już w końcu urodzę i będę miała swoje ciało i będę znowu mogła wchodzić na scenę. To jest trudny okres dla aktorek, bo przecież granie jest moją pasją i nagle byłam powstrzymana przez dobrych kilka miesięcy, co mnie już rozsadzało, więc siedziałam, gładziłam się po brzuchu i czytałam różne sztuki. Potem zaczęłam czytać monodramy i nic mi się nie podobało. I w pewnym momencie natrafiłam na tekst Andrzeja Żaka i bardzo mnie on zaintrygował. Okazało się, że to jest pierwsza rzecz, którą napisał. Andrzej Żak jest kapitanem żeglugi wielkiej i popełnił ten monodram pływając statkiem. I wcale nie był w żadnej ciężkiej sytuacji. Ani nie był chory, ani nikt wokół niego nie był chory i w dodatku jest wielkim facetem z brodą, a napisał taką niesamowitą delikatność o kobiecie. Ja byłam tym porażona zupełnie. Odłożyłam sobie to na bok i trochę to trwało, bo odkładałam to w czasie, ale w pewnym momencie powiedziałam sobie: teraz albo nigdy i zrobiłam to i była to pierwsza rzecz, którą wyprodukowałam sobie sama. I bardzo się rozkochałam w produkcji osobistej. Później zrobiłam sobie koncert „Dziesięć sekretów Marilyn Monroe”, z którym też jeżdżę i mam nadzieję, że Wieluń mnie znowu zaprosi. A teraz od kilku miesięcy zrobiłam swoją trzecią produkcję osobistą, która się nazywa „Domówka”. Jest to spektakl, komedia śpiewana o czasach PRL-u.

A.F. Jak długo musiała się pani przygotowywać do tej roli?

S.B. Bardzo krótko. Bardzo przepraszam, że nie zbuduję szalonego mitu siedzenia w piwnicy, wiązania się albo chodzenia po śniegu czy różnych opowieści aktorów. Całość trwała cztery tygodnie, kiedy robiliśmy ten spektakl z Adamem Sajnukiem. Ja oczywiście bardzo intensywnie uczyłam się tekstu. Chodziłam na basen i w kółko go mieliłam w głowie, wchodziłam do sauny i go mieliłam w głowie, wchodziłam do wanny i go mieliłam w głowie, zasypiałam i go mieliłam w głowie, chodziłam na spacer z dziećmi i w kółko gadałam, bo musiałam go umieć jak amen w pacierzu. Ale same spotkania z Adamem wyglądały tak, że przez pierwsze dwa tygodnie rozmawialiśmy na zupełnie inne tematy, opowiadaliśmy sobie wspomnienia, różne historie. Dopiero po dwóch tygodniach zaczęliśmy się zabierać do pracy, ale to jest taki sposób Adama, który uważa, że jak już będziemy się znali, to będzie mi po prostu mógł dać małą uwagę i ja dokładnie będę wiedziała, co mam zrobić. Te dwa tygodnie były pewnego rodzaju pracą, ale nie na tekście. A potem poszło już scenicznie bardzo szybko.

A.F. Bardzo szybko wróciła pani do formy po urodzeniu dwójki dzieci. Jak pani to zrobiła?

S.B.  Mamy o tyle trudniejszą sytuację, my, aktorki, tancerki, modelki, bo w naszym zawodzie ważny jest wygląd. Ja pracuję ciałem, wiem o tym, że ciało jest moim narzędziem, dlatego bardzo uważam na to, co jem. Ćwiczę też codziennie, tak jak pianista utrzymuje swoje palce przez cały czas w najwyższej formie, tak ja muszę utrzymywać moje ciało, więc regularne ćwiczenia i pięć malutkich posiłków.

A.F. Bardzo dziękuję za rozmowę i gratuluję spektaklu. To prawdziwa uczta duchowa widzieć panią na scenie.

S.B.  Ja również dziękuję i mam nadzieję, że Wieluń mnie jeszcze zaprosi, a teraz idę na pyszną kolację do "Zielonej Werandy”.


   Spektakl przez ponad dwa sezony gościł na deskach Teatru Polonia Krystyny Jandy. Rola za występ w monodramie przyniosła Soni Bohosiewicz Różę Gali 2014 w kategorii Teatr.


Fot. WDK
REDAKCJA PORTALU radiozw.com.pl NIE ODPOWIADA
ZA TREŚĆ KOMENTARZY ZAMIESZCZANYCH PRZEZ INTERNAUTÓW

REKLAMA